Ground Level: Marilla of Green Gables by Sarah McCoy – review

Man cannot live by sci-fi alone, and from time to time, I also like to explore novels from other genres than my usual. In my opinion, mature readers shouldn’t limit themselves to reading only one type of stories, but remain open to trying many different kinds of literature. Ground Level is a category of the blog dedicated to a more “down-to-earth” topics. To escape reality, I don’t always need to put on a spacesuit and fire up my rocket for launch. Welcome and please enjoy the review! 😊

Anne of Green Gables is a classic of children’s literature, telling the adventures of a young girl with a wild imagination that becomes adopted by the Cuthbert siblings. I feel a great sentiment for this book, so I couldn’t resist reaching for Marilla of Green Gables. It is said that imitation is the highest form of flattery, but how does the book of a modern author compare to the original story?

Sarah McCoy’s task was difficult but achievable. Undoubtedly, her best work went into recreating the climate of the original. Her lush, imaginative descriptions send the reader into the home-grown atmosphere of Avonlea and show its nature’s beauty without fail. I especially enjoyed the attention to detail that was put into the descriptions of the everyday life, while at the same time making sure that they never overstayed their welcome.

Unfortunately, I can’t give the same praise to the characters. Marilla and Matthew resemble their original versions, however it’s noticeable that the author had her own ideas about them which weren’t always in accord with the intentions of their creator. This gave me an impression that after everything McCoy made them go through they were shaped into slightly different people than those known from the pages of Anne. Developing these characters in such a way that we could see how they became who they were in the original book was the whole raison d’être of this novel. The prequel doesn’t mesh with the original it’s based on as well as it should. Furthermore, there were jarring inconsistencies in characterizations, especially in the beginning of the book. For example, if the author first wrote that a character isn’t talkative and on the next page gave that character a longer piece of dialogue than strictly necessary, it proves a clear lack in either her cause-effect thinking or the revision process. Next flaw that bothered me during reading was how flatly the characters and their dynamics were written. I was very disappointed by the lack of sufficient nuance and depth to the presented relationships, especially since this is a novel of manners, supposed to focus on characters’ psychology.

The relationship between Marilla and John Blythe, only mentioned in passing in Anne, is central to the plot of Marilla. Sarah McCoy revealed that it was her starting point for writing this book. Her take on their unfulfilled romance is interesting, however the ending explaining why Marilla remained an old maid let me down. In my opinion, this most important question needed an appropriately satisfying answer. Instead, the ending seemed too quick and abrupt.

As I already mentioned, the book puts a lot of weight to the historical realism, and as a result Marilla’s life story intertwines with events from the history of Canada and the North America. Most prominent were the unification of Canada and the politics between Canada and the Great Britain, as well as the abolitionist movement, helping slaves that escaped from the southern States. These plots worked the best when the author wasn’t trying to give her readers a history lesson and simply showed us characters affected by those events. Including the political matters to such extent in the book introduced a sense of worldliness to the village climate of Avonlea, however it’s hard for me to imagine Marilla as a social activist McCoy would prefer to turn her into. In addition to this, the greatest sin of this book is the anachronistic mentality of the characters. Their opinions on topics such as gender equality or religion are technically accurate, however they are presented in such a manner that instantly reveals the authors’ modern worldview. You can tell right away that this book wasn’t written in the times it’s talking about, which for me is a huge flaw as it breaks the reader’s immersion in the fictional world.

Generally speaking, Marilla of Green Gables is a fanfiction, carrying all the baggage of this literary form. The author’s obvious enthusiasm for the world of Avonlea works to the advantage for the book, however her writing skill still leaves much to be desired. The flat characterizations and mediocre relationship development repelled me. Despite that, the novel also had its good or even great moments and it was written in a very accessible way. It’s a fairly fast read that you can spend a pleasant time with, if you’re not too sensitive to the shortcomings I listed above. I wouldn’t say it’s a required reading for fans of Anne of Green Gables but it’s still worth of checking out, even out of a simple curiosity or a desire to visit the good, old Avonlea once again.

Poziom Gruntu: Recenzja książki “Maryla z Zielonego Wzgórza” – Sarah McCoy

Nie samym sci-fi człowiek żyje, i ja też lubię od czasu do czasu zagłębić się w powieści z trochę innej półki. W moim przekonaniu dojrzały czytelnik nie powinien się ograniczać do czytania tylko jednej kategorii, lecz otwierać się na różnorodną literaturę. Poziom Gruntu będzie działem bloga przeznaczonym dla wpisów o tematyce bardziej „przyziemnej”. Nie zawsze trzeba wkładać skafander i zapalać rakietę do odlotu, aby się oderwać od rzeczywistości. Zapraszam do lektury recenzji! 😊

„Ania z Zielonego Wzgórza” to klasyk literatury dziecięcej, opowiadający o przygodach dziewczynki o bujnej wyobraźni zaadoptowanej przez rodzeństwo Cuthbertów. Mam do tej książki wielki sentyment, zatem nie mogłam się oprzeć sięgnięciu po „Marylę z Zielonego Wzgórza”. Powiadają, że imitacja to największy komplement, ale jak dzieło współczesnej autorki ma się do oryginału?

Zadanie Sary McCoy było trudne, ale wykonalne. Niewątpliwie to, co najlepiej jej wyszło, to klimat powieści. Przede wszystkim jej bogate opisy przenoszą czytelnika w swojską atmosferę Avonlea i pokazują piękno przyrody. Bardzo przypadła mi do gustu dbałość o szczegóły w opisie realiów życia codziennego, całe szczęście pozbawiona nużącego wydłużania.

Niestety, nie mogę powiedzieć tego samego na temat postaci. Maryla i Mateusz przypominają swoje pierwowzory, ale widać, że autorka miała własne pomysły na te postacie, nie zawsze zbieżne z intencjami ich oryginalnej twórczyni. Wywołuje to odczucie, że po przejściach, które McCoy im zgotowała, zostali ukształtowani w trochę inne osoby niż te znane nam dobrze z kart „Ani”. Poprowadzenie ich postaci tak, aby czytelnicy mogli zobaczyć, jak stali się, kim się stali, było całą racją bytu tej powieści, a właśnie tego zazębienia między prequelem a oryginałem trochę zabrakło. Co więcej, bardzo mnie raziły niespójności w kreowaniu postaci, zwłaszcza na początku. Jeśli autorka najpierw napisała, że jakaś postać jest małomówna, a stronę dalej daje jej dłuższą kwestię dialogową, widać wtedy ewidentne braki albo w jej myśleniu przyczynowo-skutkowym, albo w redakcji tekstu. Następną wadą, która męczyła mnie podczas lektury, była płaskość postaci i ich relacji w powieści. Bardzo zawiódł mnie brak dostatecznego niuansu i głębi w przedstawionych relacjach międzyludzkich, zwłaszcza, że jest to powieść obyczajowa, skupiająca się na psychologii postaci.

Duże znaczenie dla fabuły ma relacja między Marylą i Jankiem Blythe, jedynie wspomniana przelotnie w „Ani”. Sarah McCoy sama ujawniła, że był to dla niej punkt wyjściowy do napisania książki. Wątek romantyczny w jej wykonaniu jest ciekawy, lecz zakończenie wyjaśniające, dlaczego Maryla pozostała starą panną, rozczarowuje. Moim zdaniem ta najważniejsza właśnie kwestia wymagała poświęcenia jej większej uwagi. Zamiast tego miałam wrażenie zbyt szybkiego zamknięcia wątku zanim został on wystarczająco rozwinięty.

Jak już wspomniałam, książka przywiązuje dużą wagę do realizmu historycznego, a co za tym idzie, wplata w historię życia Maryli również wydarzenia z historii Kanady i Ameryki Północnej. Mam tu na myśli zjednoczenie Kanady i jej stosunki z Wielką Brytanią oraz ruch na rzecz niewolników zbiegłych z południa USA. Najlepiej owe wątki wypadają, gdy autorka nie próbuje udzielać lekcji historii, lecz pokazuje losy osób dotkniętych przez ówczesne wydarzenia. Samo wtrącenie tych kwestii wprowadza pewną światowość w wioskowy klimat Avonlea, jednak ciężko mi sobie wyobrazić Marylę jako społeczną aktywistkę, na którą McCoy chce ją kreować. Do tego dochodzi największy dla mnie grzech książki, czyli anachroniczna mentalność postaci. Ich poglądy na tematy takie jak równouprawnienie kobiet czy religia są przedstawione pozornie poprawnie, ale w pretensjonalny sposób, z którego wyziera współczesny światopogląd autorki. Od razu można wyczuć, że nie jest to książka pisana w epoce, o której opowiada, co jest dla mnie istotnym mankamentem i wyrywa z immersji w świecie przedstawionym.

Ogólnie rzecz biorąc, „Maryla z Zielonego Wzgórza” to opowiadanie fanowskie, obarczone całym bagażem tej formy literackiej. Zaletą książki jest entuzjazm autorki do świata Avonlea, jednak odrzucają jej braki warsztatowe związane z charakterystyką postaci oraz przeciętnie poprowadzone relacje między nimi. Mimo tego, powieść miała również swoje dobre, a nawet bardzo dobre momenty i została napisana przystępnym językiem. Szybko się ją czyta i można przy niej dosyć miło spędzić czas, jeśli nie jest się zbytnio wyczulonym na wymienione przeze mnie błędy. Nie powiedziałabym, że jest to pozycja obowiązkowa dla fanów „Ani z Zielonego Wzgórza”, ale warto się z nią zapoznać choćby z ciekawości czy też chęci powrotu do starego, dobrego Avonlea.

Review: His Master’s Voice by Stanisław Lem

First contact with an alien civilization is one of the leading topics in the science fiction genre, with countless works and publications dedicated to the exploration of the subject. Both scientists and regular enthusiasts are still mulling over such problems as the Drake Equation or the Fermi Paradox. Modern radio astronomical search for extraterrestrial life makes for a good starting point in a novel, however if you put two books about the possible results of receiving a message from the stars next to each other, you wouldn’t find two more extreme opposites than Carl Sagan’s Contact and Stanisław Lem’s His Master’s Voice.

It’s beneficial to learn both sides of an argument, which is why after reading Sagan’s optimistic vision of first contact, I gladly picked up Lem’s more skeptical take on the matter. His book could work as a cold shower over the head of an overexcited UFO lover. By no means he argues directly with Sagan, as His Master’s Voice was written in 1967, a long time before Contact. However, I couldn’t resist drawing comparisons between the novels, mainly due to the shared subject matter and choice of the protagonist. Despite that, as much sets them apart as brings them together, and those differences make the books so starkly contrasting.

Stanisław Lem (1921-2006) – Polish hard science fiction writer, philosopher, futurologist and literary critic. Lem is one of the most highly acclaimed science fiction writers, hailed by critics as equal to such classic authors as H. G. Wells and Olaf Stapledon. In 1976, Theodore Sturgeon wrote that Lem was the most widely read science fiction writer in the world. His books were translated into over 40 languages and had a total print of over 30 million copies. He was a candidate to Nobel’s Literary Prize, but lost to Czesław Miłosz in 1980. (Wikipedia)

His Master’s Voice, similarly to Contact, portrays the scientific community working on the alien message, however the chain of events presented in the book couldn’t be more different. The main character, Piotr Hogarth, is a famous mathematician, but also an outsider who enters the world of the project MAVO (titular Master’s Voice) a long time after it has launched. He’s also the fictional author of the novel in which he tells the behind the scenes story of the project and people involved with it. His memoir is enriched with philosophical deliberations connected to the work to decipher the message.

And this is probably the most significant difference between both books, apart from the authors’ opinions on the feasibility of actually contacting the aliens. While in Sagan’s work, the message was decoded and read quite quickly because Earth was its intended recipient, there’s nothing easy or obvious about it in Lem’s novel. The enigmatic signal, instead of discouraging, lights a fire under the scientists who come up with tons of wildly entertaining theories and hypotheses. Just the considerations about the nature of language and culture alone, about what is even necessary for two civilizations from different planets to understand each other and whether it’s possible at all, gives the taste of the overall spirit of the novel. Lem’s various topics of discussion are fascinating, however the way he does so forces the reader to give careful attention to his every word. Reading this book requires some effort and not everyone would feel up to the challenge.

In his works, Lem was always outspoken about his skepticism towards the real possibility of finding and then effectively communicating with the extraterrestrials. This stance was emphatically expressed across many of his novels, from the popular Solaris to the less known Astronauts. According to him, space civilizations are at most akin to ships passing each other in a distance and the mind of a true alien being is as understandable to us as the mind of an ant. Lem repudiates the popular clichés of the science fiction genre as all of them are based on the main assumption that aliens and humans are similar enough to be able to communicate, for which there is obviously no standing proof as of now. Writing aliens who closely resemble humans serves in turn to draw an allegory to the cultural clashes and complicated relations between different civilizations and groups on Earth. The Polish master wasn’t interested in such moralizing, instead he dedicated his many stories to showing contact with a truly incomprehensible alien mind and the possible results and moral dilemmas associated with it.

The fundamental realities of the era it was written in couldn’t be missing from the book – that is the Cold War. While Sagan bewitches us with his vision of peaceful cooperation and open dialogue between nations, Lem’s novel is rife with an air of secretiveness and distrust. The scientists have no say or influence over the outcome of their work as they are merely tools in the service of the Pentagon. However, it appears that this difference comes from the time period in which each book was written—how much easier it must have been to look to the future with optimism in 1985 than in 1967!

His Master’s Voice is a multidimensional novel which doesn’t rely entirely on the big ideas. Hogarth won me over with his openness and level-headedness in his narration of events surrounding the project. His criticism doesn’t spare anyone, especially himself, and that convinces of his honesty and objectiveness, more so that he never claims his own opinions as fact. The characterizations of Hogarth and the rest of scientific personages described in the book come together to form a very astute portrayal of the scientific community and the whole process of scientific progress.

I wrote a lot about the differences between His Master’s Voice and Contact, however, to my astonishment, in the process I discovered one crucial similarity. Despite all of its skepticism, Lem’s novel isn’t without a spark of hope. Even if it’s still a difference between a hope for the future when you pass a driving test and a hope you experience when you barely avoid being run over by a speeding car on the crosswalk.

His Master’s Voice isn’t one of the easy to read books, but it makes up for it a thousand-fold with an immeasurable quality that for me is the sheer pleasure from reading. It’s a rich intellectual nourishment, a feast for imagination that awed and enticed me, increasing my curiosity of the world. Furthermore, I have always enjoyed Lem’s writing style, who with his characteristic flair and erudition tells a story of the highest level.

Recenzja: Stanisław Lem – „Głos Pana”

Odnalezienie i nawiązanie kontaktu z cywilizacją pozaziemską to jeden z czołowych tematów literatury science fiction, na który powstały niezliczone wręcz dzieła i publikacje. Do tej pory zarówno naukowcy, jak i zwykli entuzjaści wciąż się głowią nad takimi kwestiami jak równanie Drake’a i paradoks Fermiego. Prowadzone współcześnie badania radioastronomiczne to dobry punkt wyjścia dla fabuły powieści, gdyby jednak postawić obok siebie dwie książki opisujące możliwe skutki odebrania wiadomości z gwiazd, nie byłoby chyba dwóch bardziej skrajnych pozycji niż właśnie „Kontakt” Sagana i „Głos Pana” Stanisława Lema.

Stanisław Lem (1921-2006) – najsłynniejszy polski pisarz science fiction, filozof, futurolog i krytyk. Odznaczony m.in. Orderem Orła Białego. W pewnym okresie był najbardziej poczytnym nieanglojęzycznym pisarzem sci-fi na świecie. Jego książki przetłumaczono na 40 języków i wydano w łącznym nakładzie ponad 30 milionów egzemplarzy. Był kandydatem do literackiej Nagrody Nobla, ale ostatecznie otrzymał ją Czesław Miłosz w 1980. (wikipedia)

W każdej debacie warto znać argumenty obydwu stron, zatem po lekturze Saganowskiej optymistycznej koncepcji ewentualnego nawiązania kontaktu z obcymi, chętnie sięgnęłam po bardziej sceptycznego Lema, którego książka podziałałaby jak zimny prysznic na głowę rozgorączkowanego miłośnika UFO. Bynajmniej nie polemizuje on bezpośrednio z Saganem, gdyż „Głos Pana” został napisany w 1967 roku, czyli na długo przed powstaniem „Kontaktu”. A jednak nie mogłam się oprzeć porównaniom obydwu powieści, głównie ze względu na wiele podobieństw, wynikających z poruszanej tematyki oraz wyboru głównej postaci. Pomimo tego, równie wiele je dzieli, a owe różnice czynią kontrast między nimi tak wyraźnym.

 „Głos Pana”, podobnie jak „Kontakt”, opisuje środowisko naukowe pracujące nad odebraną wiadomością z gwiazd, ale przedstawienie wydarzeń nie mogłoby być bardziej różne. Główny bohater książki, Piotr Hogarth jest znanym matematykiem, ale równocześnie autsajderem, który wkracza w świat projektu MAVO (Master’s Voice, czyli tytułowy Głos Pana) na długo po jego rozpoczęciu. Jest on także fikcyjnym autorem powieści, w której opowiada o kulisach projektu i osobach nad nim pracujących. Jego wspomnienia są urozmaicone rozważaniami filozoficznymi związanymi z pracą nad odcyfrowaniem wiadomości.

Tu właśnie tkwi chyba najistotniejsza różnica między obiema książkami, oprócz stosunku autorów do możliwości kontaktu—treść wiadomości. O ile u Sagana udało się ją szybko odczytać, gdyż Ziemia była jej rzeczywistym adresatem, u Lema nic nie jest oczywiste. Enigmatyczność odebranego sygnału zamiast zniechęcać, rozpala wyobraźnię, powodując powstanie masy szalenie interesujących teorii i hipotez. Już same rozważania nad istotą języka i kultury, o tym co w ogóle jest potrzebne, aby cywilizacje z dwóch różnych planet mogły się porozumieć i czy jest to w jakikolwiek sposób możliwe, wprowadzają w ducha tej powieści. A nie jest on lekki i przystępny. Tematy rozważań, które porusza Lem, są arcyciekawe, jednak sposób, w jaki je porusza, zmusza czytelnika do skupienia nad każdym słowem. Dlatego lektura wymaga włożenia pewnego wysiłku.

Sceptycyzm Lema co do realnej możliwości napotkania, a następnie porozumienia się z istotami pozaziemskimi jest charakterystyczny dla jego twórczości i dobitnie wyrażony w wielu jego powieściach, od najbardziej znanego „Solaris” począwszy, a skończywszy na choćby takich „Astronautach”. Cywilizacje kosmiczne są według niego co najwyżej jak mijające się statki, a umysł prawdziwego obcego jest dla człowieka tak zrozumiały jak umysł mrówki. Lem odrzuca z niesmakiem schematy literatury gatunku, gdyż wszystkie one opierają się na kardynalnym założeniu, że kosmici i ludzie są do siebie podobni na tyle, aby móc się porozumieć, na co oczywiście nie ma na razie żadnych istniejących dowodów. Uczynienie obcych podobnymi do nas służy twórcom science fiction z kolei do nakreślenia alegorii dla kontaktów między odmiennymi cywilizacjami i grupami na Ziemi. Nasz mistrz nie był zainteresowany moralizatorstwem tego rodzaju, zamiast tego poświęcił tak wiele ze swoich opowieści ukazaniu kontaktu z prawdziwie obcym i niezrozumiałym dla nas umysłem oraz możliwych skutków i dywagacji moralnych z tym związanych.

W „Głosie Pana” nie mogło zabraknąć fundamentalnych realiów epoki, w której toczy się akcja powieści – czyli zimnej wojny. Podczas gdy Sagan oczarowuje wizją pokojowej współpracy i otwartego dialogu między narodami, w książce Lema panuje atmosfera tajności i nieufności, a naukowcy są jedynie narzędziami w rękach Pentagonu. Wydaje się jednak, że ta różnica wynika z dat powstania obu książek—o ileż łatwiej można było patrzeć optymistycznie w przyszłość w 1985 niż w 1967!

„Głos Pana” to powieść wielowymiarowa, która nie opiera się jedynie na wielkich, fascynujących ideach. Hogarth zjednał mnie swoją otwartością i trzeźwością osądu wyzierającą z jego narracji wydarzeń dotyczących projektu. Jego krytyczna postawa wobec innych oraz samego siebie przekonuje o szczerości i obiektywizmie jego słów, tym bardziej, że nigdy nie twierdzi, że jego subiektywne opinie są faktem. On oraz pozostałe sylwetki postaci naukowców nakreślone w książce wspólnie tworzą bardzo ciekawe przedstawienie środowiska naukowego oraz procesu związanego z rozwojem nauki.

Wiele napisałam o różnicach dzielących „Glos Pana” od „Kontaktu”, jednak, o dziwo, znalazłam przy tym jedno istotne podobieństwo. Pomimo całej swej sceptyczności, książka nie jest pozbawiona iskierki nadziei. Chociaż jest to wciąż różnica między nadzieją na przyszłość wynikającą ze zdania egzaminu na prawo jazdy a nadzieją po uskoczeniu przed rozpędzonym autem na pasach.

„Głos Pana”  nie należy do książek łatwych w odbiorze, ale wynagradza to po tysiąckroć wartością niemierzalną, którą jest dla mnie satysfakcja z lektury. To bogata strawa intelektualna, uczta dla wyobraźni, która zachwyciła mnie i pobudziła moją ciekawość świata. Ponadto od zawsze podobał mi się styl pisarski Lema, który z właściwym sobie wdziękiem i erudycją prowadzi opowieść na najwyższym poziomie.

Review: Contact by Carl Sagan

Sometimes, when the weather is auspicious, especially in the summer, and we’ve got a while to forget about earthly matters, we look up at the cloudless night sky – and watch the stars. The sight of those remote little lights, shining as if through holes pierced with a needle through the velvety black fabric of the Universe, often awes and astonishes. There is a hidden mystery in the sky which has been tantalizing people for thousands of years, with no way to puzzle it out so far. Ancient Greeks named the constellations in honour of mythological heroes for a good reason, while traditionally the planets of our solar system are given the names of the Roman deities. To our ancestors, the sky was the domain of the divine, the home of higher beings, and we still refer to afterlife as ‘heaven’. Even with our current knowledge about the cosmos, the view of the starry night remains just as stunning as before, though it can also cause us anxiety upon the realization that we are but small specks of dust next to the vastness of the Universe.

As we look up at the night sky, there also comes a moment when we realize that every one of those shining spots is a star just like the Sun and, orbiting around every single one of them, there might be more planets just like Earth. It’s easy then for a thought to pass through our minds – “What if there’s someone out there? Could we talk to them?”

Carl Sagan

With such a scene – a curious child gazing at the stars with fascination – starts the story of dr Ellie Arroway, the main character of the novel Contact. On its thirty-fifth anniversary of publication this year, this book fully deserves its position among the classics of the science fiction literature. Its author, Carl Sagan (1934-1996) was an astronomer, astrophysicist and the pioneer of astrobiology, which is a scientific field researching the life outside Earth and methods of detecting it. He gained mass recognition thanks to his work as a science popularizer through his many books and the TV series Cosmos. He was also one of the founders of the SETI (Search of Extraterrestrial Intelligence) project, which analyzes the cosmic noise registered by radio telescopes, looking for signals coming from alien civilizations. It has been unsuccessful so far, but the scientists don’t lose hope because of the relatively short duration of their search in the cosmic scale. However, Carl Sagan in his novel focuses on answering a question – what if they succeeded?

Contact is the only science fiction novel in his literary career but its main strengths are first and foremost the realistic setting of the late 20th century and the believability on both the scientific and psychological level. Sagan effortlessly combines science facts, philosophical discussion, and Ellie’s life story, with her personal relationships and career, into one harmonious whole. The book passes the knowledge in a light and pleasant manner that’s almost nonchalant. Every reader, even the least familiar with this subject matter, shouldn’t feel lost during reading and would gain a lot from the book after finishing it. Also, the characters, with Ellie on the forefront, are colourful, three-dimensional and likeable.

The vision of the possible turn of events in case of detecting a message from the stars is surprisingly optimistic. The entire world, every country, cooperates to exchange data about the alien transmission from the Vega system, then translate it and follow its instructions to build a device, and then choose together their delegates to represent Earth before the aliens. The whole project is broadly and openly discussed by its supporters and opponents. The meeting with the aliens itself was the most fantastical part of the story due to the author having no choice but to let his imagination run wild. The aliens remained mysterious, however their actions and goals were explained in a satisfactory manner. Despite their technological superiority they weren’t patronizing and they certainly didn’t act as if they knew everything. This depiction of an alien civilization, as friendly and wise, but distant, like humanity’s older sibling, is very reassuring.

Contact is a book not only about the idea of searching for alien intelligence, but most of all it is a portrait of a passionate scientist who devoted her life to pursuing it. Ellie’s inborn curiosity led her to break conventions and oppose her parents’ will in order to reach for her dreams and become an astronomer. Ellie is a real self-made woman whose guts and determination are worthy of admiration, but she’s not without a flaw. At times she becomes lost and makes mistakes and this is what makes her so humane and relatable.

Już wiemy, skąd pochodzą zagadkowe sygnały radiowe, które docierają do  Ziemi. I mamy kłopot
Sebastian Decoret / 123RF

As I’ve brought up in the beginning, the sky is a sphere traditionally linked with divinity, but the progress of science mostly stripped it of the aura of mysticism. That’s why the novel’s focus on describing the debate between science and religion fits perfectly in place. It’s one of the main threads in the story, starting when Ellie was forced to join a Bible reading club by her mother, then continued later in her life in her discussions with theologists about the meaning of the Message. The truth, as always, seems to lay somewhere in the middle, as faith and scientific skepticism aren’t mutually exclusive. New discoveries can often fill us with a sense of awe and wonder at the complexity of this beautiful world that we learn more about each day. These feelings show a huge similarity to a religious experience.

Although the real search for extraterrestrial life is still ongoing, the novel’s age is showing as many elements of its setting are but a charming anachronism today. Carl Sagan’s vision of the near future from 1985 was verified by the history in quite a contrary way. For example, in the book the Soviet Union entered the 21st century, which is far from what really happened. The novel also included a female president of the US, rich people spending their retirement on orbital ships, space funerals and a booming private space sector… Twenty years after Sagan’s proposed deadline, all those things are still wishful thinking, despite being more achievable than coming into the actual contact with an alien civilization. Unfortunately, humanity has had different priorities in that timeframe, however recent news about SpaceX and their successful launch of the Dragon spacecraft restore the hope that humanity’s conquest of space will finally resume.

Contact is a very good, uplifting read. The ending didn’t solve everything, but it didn’t have to. What mattered was the journey and the lessons we took from it. The book offers an optimistic view of the possible contact with an alien civilization and a vision of global cooperation to that end which both made it so enjoyable to me. I would recommend it to everyone. You don’t need to be a sci-fi fan to read it, just as you don’t have to be an astronomer to simply go outside and watch the stars.

Recenzja: Carl Sagan – „Kontakt”

Kontakt - Oceny, opinie, ceny - Carl Sagan - Lubimyczytać.pl

Czasami, gdy pogoda sprzyja, zwłaszcza latem, a także mamy chwilę, by zapomnieć o przyziemnych sprawach, spoglądamy w górę na bezchmurne nocne niebo, a na nim—gwiazdy. Widok tych odległych punkcików, świecących jak przez dziurki wykłute igłą w aksamitnie czarnej tkaninie Wszechświata, często wprowadza w zachwyt i uniesienie. W niebie jest zawarta tajemnica, która nęci i kusi ludzi od tysięcy lat, a której nie sposób rozwikłać. Nie bez powodu starożytni Grecy nazywali konstelacje na cześć mitycznych bohaterów, zaś tradycją pozostało, że planety Układu Słonecznego noszą imiona rzymskich bogów. Dla naszych przodków niebo było boską domeną, miejscem zamieszkania wyższych istot, a do tej pory metaforycznie nazywamy niebem zaświaty. Przy obecnym stanie wiedzy o kosmosie, widok zagwieżdżonego nieba wciąż oszałamia, ale może też budzić lęk, gdy zdajemy sobie sprawę z ogromu Wszechświata i jak malutcy jesteśmy przy nim.

Patrząc na nocne niebo, przychodzi też moment, gdy uświadamiamy sobie, że każdy ze świecących na nim punkcików to gwiazda taka jak nasze Słońce, a wokół każdej z nich mogą krążyć planety takie jak Ziemia. Łatwo wtedy może nam przemknąć przez głowę myśl – A co jeśli ktoś tam jest? Czy moglibyśmy się z nimi porozumieć?

Carl Sagan
Carl Sagan

Od takiej właśnie sceny – dziecka spoglądającego z fascynacją na gwiazdy – rozpoczyna się historia dr Ellie Arroway, głównej bohaterki powieści „Kontakt”. Książka ta, świętująca w tym roku trzydziestopięciolecie wydania, zasługuje na miano klasyki gatunku science fiction. Autor, Carl Sagan (1934-1996) był astronomem, astrofizykiem oraz pionierem astrobiologii, czyli nauki o życiu poza Ziemią oraz metodach wykrywania go. Zyskał sławę dzięki swojej działalności jako popularyzator nauki poprzez liczne książki popularnonaukowe oraz serial Kosmos. Był także jednym z założycieli programu SETI (Search of Extraterrestrial Intelligence – Poszukiwanie Pozaziemskiej Inteligencji), który analizuje kosmiczny szum zarejestrowany przez radioteleskopy w celu odnalezienia sygnałów nadanych przez obcą cywilizację. Jak do tej pory bezskutecznie, jednak badacze nie tracą nadziei ze względu na relatywnie krótki czas prowadzenia tych poszukiwań w skali kosmosu. Natomiast Carl Sagan w swojej powieści skupia się na odpowiedzeniu na pytanie – a co jeśli by im się powiodło?

„Kontakt” to jedyna książka science fiction w jego dorobku pisarskim, jednak jej głównymi atutami jest przede wszystkim osadzenie w realiach końca XX wieku oraz wiarygodność zarówno na poziomie naukowym jak i psychologicznym. Lekkie pióro Sagana bez wysiłku łączy treści naukowe i przemyślenia filozoficzne z dziejami Ellie, jej życiem, przyjaźniami i karierą naukową, tworząc jedną harmonijną całość. Książka przekazuje wiedzę w sposób tak lekki i przyjemny, że aż wręcz nonszalancki. Nawet najmniej rozeznany w temacie czytelnik nie powinien się zagubić podczas lektury, a na pewno po jej zakończeniu wiele z niej wyniesie. Zaś postacie, z Ellie na czele, są barwne, pełne życia i łatwe do polubienia.

Scenariusz możliwego biegu wydarzeń po odebraniu wiadomości z gwiazd jest zaskakująco optymistyczny. Cały świat nawiązuje współpracę, wymieniając się danymi o transmisji obcych z układu Vegi, a następnie tłumacząc ją i wspólnie budując urządzenie według przesłanej instrukcji, a na koniec wyznaczając delegatów mających reprezentować Ziemię przed obcą cywilizacją. Cały projekt jest przedmiotem szerokiej, ale i otwartej dyskusji między jego zwolennikami i przeciwnikami. Samo spotkanie z obcymi było najbardziej fantastycznym elementem całej opowieści, gdyż w tym momencie autor nie miał już wyboru i musiał popuścić wodze wyobraźni. Obcy pozostali tajemniczy, jednak wyjaśnienie ich działań i celów było satysfakcjonujące. Pomimo swojej przewagi technologicznej nie traktowali ludzi w sposób lekceważący, a ponadto nie byli wszechwiedzący. Takie przedstawienie cywilizacji pozaziemskiej, jako przyjaznej i mądrej, lecz odległej, niczym starsze rodzeństwo ludzkości, jest bardzo krzepiące.

„Kontakt” to nie tylko powieść o idei poszukiwań obcej cywilizacji, to przede wszystkim portret pasjonatki, naukowca, która poświęciła swoje życie dla tego przedsięwzięcia. Wrodzona ciekawość świata prowadzi Ellie do przeciwstawienia się konwencjom i woli rodziców, aby realizować swoje marzenia i zostać astronomem. Ellie to prawdziwa „self-made woman”, której zapał i determinację można podziwiać, ale nie jest ona bez wad. Bywa też zagubiona i popełnia błędy, które czynią jej postać tak bardzo ludzką.

Już wiemy, skąd pochodzą zagadkowe sygnały radiowe, które docierają do  Ziemi. I mamy kłopot
Sebastian Decoret / 123RF

Jak zauważyłam na wstępie, niebo to sfera tradycyjnie powiązana z boskością, ale postępująca nauka odarła je w dużej mierze z otoczki mistycyzmu. Dlatego też nacisk położony w książce na opisanie sporu między religią a nauką wydaje się jak najbardziej na miejscu. Jest to jeden z głównych wątków, rozpoczęty w historii Ellie, gdy została zmuszona przez matkę do wstąpienia do kółka biblijnego i kontynuowany później poprzez jej dyskusje z teologami o znaczenie Wiadomości. Prawda, jak to zwykle bywa, leży gdzieś po środku, a wiara i sceptycyzm naukowy nie muszą się wzajemnie wykluczać. Odkrycia naukowe nieraz potrafią wprawić w zbożny podziw nad złożonością i pięknem świata, który z dnia na dzień coraz lepiej poznajemy. Jest w tym duże podobieństwo do przeżycia religijnego.

Chociaż prawdziwe poszukiwania istot pozaziemskich wciąż trwają, inne elementy świata przedstawionego w powieści są już jedynie uroczym anachronizmem. Przewidywania Carla Sagana z 1985 roku co do niedalekiej przyszłości zostały zweryfikowane przez historię w bardzo przewrotny sposób. I tak mamy u niego Związek Radziecki wchodzący w XXI wiek, co całe szczęście się nie zdarzyło. Wyobraził on sobie też kobietę prezydenta USA, bogaczy spędzających emeryturę na orbitalnych statkach, pogrzeby kosmiczne i rozwój prywatnego sektora kosmicznego… Dwadzieścia lat po przewidzianym terminie przez Sagana, te rzeczy to wciąż pobożne życzenia, chociaż wydają się bardziej osiągalne niż kontakt z obcą cywilizacją. Niestety, ludzkość miała w tym czasie inne priorytety, lecz ostatnie wieści, jak działalność firmy SpaceX i udany start jej rakiety Dragon napełniają nadzieją, że podbój kosmosu nareszcie ruszy z miejsca.

Kontakt to bardzo dobra, budująca książka. Zakończenie nie rozwiązało wszystkiego, ale i nie musiało. Co najbardziej się liczy to sama podróż i lekcje z niej wyciągnięte. Oferowane przez powieść optymistyczne podejście do możliwości kontaktu z obcą cywilizacją oraz wizja sprawnej i otwartej światowej współpracy w tym celu sprawiły mi dużą przyjemność z czytania. Jest to lektura warta polecenia dla każdego. Nie trzeba być fanem science fiction, aby się w niej zatracić, tak samo jak nie trzeba być astronomem by wyjść pooglądać gwiazdy.

Welcome!

To start my adventure with blogging, first I would like to answer the essential question – why science fiction is important to me? The reason isn’t just my personal passion for the subject, a passion that I’ve been cultivating for years, beginning in childhood when, starry-eyed, I couldn’t get enough of reading The Star Diaries and tales of pilot Pirx, and continuing until now, with the recently devoured excellent The Three-Body Problem trilogy. I believe that science fiction is that kind of stories that’s extremely important for all of us collectively, as humanity.

Reputedly, there are two infinite things in this world – the Universe and the human stupidity. However, I think that one more thing was forgotten – the imagination, which for centuries has been the engine of civilizational and cultural progress. Where would we be now if not for all the inventors, discoverers, innovators, and also artists, who could imagine new things and then turn them into reality? We would probably still live in cold caves, because the primitive human wouldn’t have had  enough ingenuity to even think about taming fire. Without our Leonardo da Vincis, Edisons and Marie Skłodowska-Curies our life would have been much poorer (and undoubtedly shorter).

Science fiction is often thought of as “fairytales” and therefore ignored as a serious literary genre and outright disregarded by various expert bodies and juries. Nothing could be further from the truth. Of course, flying saucers, blasters and laser swords seem more like kids’ entertainment, however this is but a very surface-level look at the tip of the iceberg. Sci-fi genre has been developing for over a century and it has a long and rich history that produced many subgenres. When I was a child, I loved reading Jules Verne. I had no idea that so many of his books were science fiction, just in its nineteenth century edition. In 1865, he wrote a novel about launching a rocket to the Moon1, which back then was technologically impossible. A little over one hundred years later, on July 20th , 1969, people really landed on the Moon2. The dream described by Verne turned out a prophecy. The same could happen with many other things science fiction authors write about now. Besides, just by looking around at our modern world and comparing it with only a few decades back, we can see this already happening. Our daily life, with computers, smartphones and social media, for a person of twentieth century was just a pipe dream. It was science fiction, but it came true.

Generally, a specific kind of symbiosis occurs between science and science fiction. Those stories might be nothing but fantasies, born from overgrown imaginations, but there are researchers working to fulfill them, as evidenced by the development of robotics, space flight and artificial intelligence research. And the other way around, the scientific progress and possibilities opened by it are the bountiful source of inspiration for science fiction authors to write more stories about and keep dreaming up new dreams. With science and science fiction, one propels the other. The prime example of such dynamic is the classic TV show Star Trek. Its creators often consulted with scientists for accuracy3 and, in turn, the cultural influence of the series inspired masses of young scientists4.

However, the role of science fiction isn’t just to come up with new ideas for progress of our society. It’s not a herald making announcements to the crowd or a Delphic oracle warning of future dangers. Good science fiction works are a universal tale, exploring the depths of the human soul and uncovering life truths, and that’s because the world in them might be entirely made up, but the characters and their problems aren’t. Their experiences, quandaries and dilemmas speak to us and arouse our empathy. The issues they face are often the same we deal with, only hidden beneath the cover of fantastic visions. This grounding in reality makes those stories so relatable to the readers and viewers. Furthermore, in science fiction there’s a place for considerations about everything under the sun. We don’t need to look far for proof – Frank Herbert’s Dune is lauded as the most influential science fiction novel in history and it contains discussion on a multitude of issues of political, sociological, economical, historical, ecological and humanistic nature5. The wide range of topics this genre covers makes it incredibly resilient and so far inexhaustible. All it needs is a bit of imagination.

Most importantly, science fiction allows us to think about the future, sometimes beautiful, sometimes frightening, but always – fascinating. And I invite you, my readers, to join me on this journey on the paths of imagination built by the science fiction authors.

Citations:

  1. https://en.wikipedia.org/wiki/From_the_Earth_to_the_Moon
  2. https://www.nasa.gov/mission_pages/apollo/apollo11.html
  3. https://www.scientificamerican.com/article/the-science-sticklers-who-kept-star-trek-in-line/
  4. https://www.nasa.gov/feature/50-years-of-nasa-and-star-trek-connections
  5. https://www.theguardian.com/books/2015/jul/03/dune-50-years-on-science-fiction-novel-world

Witam!

Rozpoczynając moją przygodę z blogowaniem, chciałabym wpierw odpowiedzieć na zasadnicze pytanie – dlaczego science fiction jest dla mnie ważne? Otóż nie jest to kwestia jedynie mojej osobistej pasji, rozwijanej od lat, począwszy od dziecięcych lat gdy zaczytywałam się Dziennikami gwiazdowymi i przygodami pilota Pirxa, a skończywszy na ostatnio przeze mnie pochłoniętej znakomitej trylogii Problemu trzech ciał. Uważam, że fantastyka naukowa to taki rodzaj opowieści, który jest niezmiernie ważny dla nas wszystkich jako ludzkości.

Podobno dwie rzeczy na tym świecie są nieskończone – wszechświat i głupota ludzka. Sądzę jednak, że jedna została pominięta – wyobraźnia, która od wieków jest napędem rozwoju cywilizacji i kultury. Gdzie bylibyśmy teraz gdyby nie rzesze wynalazców, odkrywców, innowatorów, a także artystów, którzy potrafili marzyć o nowych rzeczach, a następnie przekształcić je w rzeczywistość? Pewnie nadal żylibyśmy w zimnych jaskiniach, gdyż człowiek pierwotny nie miałby dość inwencji, aby ujarzmić ogień. Bez naszych Leonardów da Vinci, Edisonów czy Marii Skłodowskich-Curie nasze życie byłoby o wiele uboższe (i bez wątpienia krótsze).

Science fiction czy też fantastyka naukowa często jest niesłusznie oceniana jako „bajki”, a przez to ignorowana jako poważny gatunek i traktowana wręcz po macoszemu przez różnorodne gremia. Nic bardziej mylnego. Owszem, latające spodki, plazmowe pistolety i laserowe miecze kojarzą się raczej z rozrywką dla dzieci, jednak jest to bardzo powierzchowne spojrzenie na wierzchołek góry lodowej. Sci-fi rozwija się już od ponad wieku, ma długą i bogatą historię i wiele podgatunków. Kiedy byłam dzieckiem, zaczytywałam się powieściami Juliusza Verne’a. Nie miałam pojęcia, że wiele z nich w istocie należało do fantastyki naukowej w wydaniu dziewiętnastowiecznym. A jednak napisał on w 1865 roku powieść o wystrzeleniu rakiety na Księżyc1, co w ówczesnych warunkach było niemożliwością technologiczną. Trochę ponad sto lat później, 20 lipca 1969 roku, ludzie rzeczywiście wylądowali na Księżycu2. Marzenie opisane przez Verne’a stało się proroctwem. Tak samo może być z wieloma innymi rzeczami, o których rozpisują się twórcy science fiction obecnie. Zresztą wystarczy rozejrzeć się po znanym, współczesnym nam świecie i porównać go sobie z zaledwie kilkoma dekadami wstecz. Nasza codzienność, pełna komputerów, smartfonów i mediów społecznościowych, dla człowieka XX wieku była jedynie mrzonką, fantastyką naukową.

W zasadzie między nauką a fantastyką naukową istnieje swoista symbioza. Opowieści mogą być jedynie fantazjami, jednak znajdą się ludzie próbujący urzeczywistnić proponowane wynalazki, czego dowodem może być rozwój robotyki, lotów kosmicznych i badania nad sztuczną inteligencją, i na odwrót – postęp naukowy i otwierające się przed nami możliwości inspirują twórców do snucia opowieści i dalszych marzeń. Jedno napędza drugie. Koronnym przykładem może być klasyczny serial Star Trek, którego twórcy sięgali po pomoc naukowych konsultantów3, a następnie kulturowy wpływ serialu, który zainspirował rzesze młodych naukowców4.

Jednak rola fantastyki naukowej to nie tylko wymyślanie nowych możliwości rozwoju, nie jest to tylko herold głoszący tłumowi wieści czy wyrocznia delficka ostrzegająca przed grożącymi niebezpieczeństwami. Dobre science fiction jest opowieścią uniwersalną, zgłębiającą tajniki duszy ludzkiej i objawiającą prawdy życiowe, a to dlatego, że świat może być wymyślony, ale bohaterowie i ich problemy – nie. Ich przeżycia, rozterki i dylematy przemawiają do nas, pobudzają naszą empatię. Problemy, którym stawiają czoło, często są tym samym, z czym sami musimy się mierzyć, ukrytym jedynie pod płaszczykiem fantastycznych wizji. To oparcie w rzeczywistości jest główną siłą, która czyni te opowieści tak bliskimi dla czytelników i widzów. Co więcej, jest w science fiction miejsce na rozważania o wszystkim pod słońcem. Wystarczy spojrzeć na Diunę Franka Herberta, okrzykniętą jako najbardziej wpływową powieść science fiction w historii, a która łączy w sobie rozważania natury politycznej, socjologicznej, ekonomicznej, historycznej, ekologicznej oraz humanistycznej5. Szeroka gama tematów, które ten gatunek podejmuje, sprawia, że jest on niezwykle prężny i jak do tej pory niewyczerpany. Potrzeba tylko szczypty wyobraźni.

Co najważniejsze, science fiction pozwala nam myśleć o przyszłości, czasami pięknej, czasami strasznej, jednak zawsze – fascynującej. I ja zapraszam Was, moi czytelnicy, do przyłączenia się do mojej podróży po szlakach wyobraźni autorów science fiction.

Przypisy:

  1. https://pl.wikipedia.org/wiki/Z_Ziemi_na_Ksi%C4%99%C5%BCyc
  2. https://www.space24.pl/spojrzenie-50-lat-wstecz-pierwsze-ladowanie-czlowieka-na-ksiezycu
  3. https://www.scientificamerican.com/article/the-science-sticklers-who-kept-star-trek-in-line/
  4. https://www.nasa.gov/feature/50-years-of-nasa-and-star-trek-connections
  5. https://www.theguardian.com/books/2015/jul/03/dune-50-years-on-science-fiction-novel-world